środa, 31 sierpnia 2016

Wrzesień puka do naszych drzwi.

   Dzień dobry:)  Wreszcie wrzuciłam resztę zdjęć, tym razem głównie z aparatu. Czasem ciężko jest skumulować je wszystkie ze wszystkich źródeł, dlatego nieraz robię to na raty. Będę chciała zrobić w nich porządek, bo pora na wywołanie i zamknięcie w albumach kolejnej serii wspomnień...
   Ostatnio sporo robiłam wszelkiego rodzaju przetworów... Począwszy od soków z malin (strasznie obrodziły mi moje niewielkie krzaczki, miałam już trzy serie zbiorów...), dżemów malinowych, soki z aronii, dżemów z aronii, cukinii i ogórków w zalewie z przyprawą do kurczaka, skończywszy na pasztecie z cukinii. Wczoraj wieczorem zrobiłam jeszcze pomidorki w sosie własnym do słoiczków. Po prostu szkoda byłoby zmarnować tyle darów natury z własnego ogrodu. I tak marnujemy mnóstwo jabłek ze starych jabłoni, bo jest ich tyle, że nie idzie tego przerobić...
  Na zdjęciach poniżej naprawdę tylko część przetworów...


 Na raz potrafiłam uzbierać z moich krzaczków 4-5 kilogramów malin...

A Tadzio jak zwykle czaruje nas swoim repertuarem minek. Poniżej zaraz po pobudce z drzemki porannej. Niestety coraz gorzej jest uśpić go do drzemek. Pewnie jest to normalne. Teraz nieraz miewa już tylko dwie drzemki w ciągu dnia i są one krótsze niż wcześniej.
 Bąbelek jest ciekawy świata i dosłownie wszystkiego, co go otacza. Gdyby mógł byłby wszędzie jednocześnie. Już się boję co to będzie, kiedy zacznie chodzić...
 Uśmiech, który zawsze mnie rozbroi...

 Moje dwa Przystojniaki, dwa Słoneczka, które rozświetlają moje dni. Wiadomo, czasem jest się zmęczonym, ale wciąż szczęśliwym.







Tadzio uwielbia huśtawki i bujaki, wcale się nie boi, czasem mam wrażenie, że jest zbyt odważny... Może dlatego, że Tata od małego robił z nim wielkie akrobacje? A może ma moje geny... :)


 Już jutro wrzesień. A wrzesień to czas wrzosów, cudownych roślin, które są niestety markotne ii wymagające. Ale mam ich kilka w ogrodzie.

Ktoś może herbatki sobie życzy?:) Czajniczek kupiony dawno temu na starociach...

Nasza śliwa po raz pierwszy wydała tyle owoców. Drzewko ma jakieś trzy latka, więc wciąż jest malutkie.

A to nie jest jarzębina...To ognik szkarłatny, jeden z dwóch w ogrodzie, drugi niestety nie zakwitł w tym roku, więc nie ma też takich owocków.

Lucky Was pozdrawia:) Mały uciekinier, ostatnio czmychnął nam kilka razy, ale zawsze się znajduje na szczęście.

A teraz coś z innej beczki, ale w temacie psów... Są upały, jest naprawdę gorąco w cieniu, a co dopiero w słońcu. Proszę zwróćcie uwagę w jakich warunkach trzymane są zwierzęta - one też cierpią, one też źle znoszą takie upały. Zdjęcie poniżej przedstawia jeden z domów w Szczawie, gdzie właściciele trzymają swojego małego pieseczka z tyłu domu, po prawej stronie na kompletnie odsłoniętym miejscu, bez grama cienia, w mikroskopijnej budzie wielkości psa, na króciutkim łańcuchu. Nie widziałam też jakiejkolwiek miski z wodą. Gdybym mogła, uwiązałabym takich ludzi w identycznych warunkach, żeby poczuli jakie tortury przechodzi to stworzenie. Piesek to kundelek, potwornie zaniedbany, sierść potargana, wchodzi mu do oczu i wszędzie, biedaczek szczeka desperacko jak tylko przejdzie się obok, próbuje dać znać, że on tu jest, że jeszcze żyje. Zrobiłam zdjęcia i poprosiłam Grzesia, by zadzwonił to zgłosić. Była niedziela, jednak telefony policji działają całą dobę, a pani przyjmująca zgłoszenie potraktowała je bardzo poważnie i od razu wysłała patrol. Niestety nie było numeru domu, a policjanci, którzy akurat przyjęli zgłoszenie byli tam przejazdem i nie mogli trafić, dlatego wkrótce otrzymaliśmy ponowny telefon z zapytaniem o bardziej szczegółowe wskazówki. Miały też zostać wysłane jednostki tym razem policji miejscowej. Niestety nie doczekaliśmy już tego, gdyż musieliśmy wracać do domku.
   Nie bądźcie obojętni, gdy zobaczycie podobną sytuację... Mentalność ludzi w stosunku do zwierząt się zmienia, ale nie dość szybko, a na wsiach wciąż niestety są osoby kompletnie zaślepione i nie dające sobie wytłumaczyć, że zwierzęta zasługują na ludzkie traktowanie, na humanitaryzm i przyzwoite warunki życia, szczególnie że są to najwierniejsze stworzenia na świecie... Jak można tak je krzywdzić...Wiem, że często jest tak, iż sąsiad sąsiada kryje, nie poda, bo nie chce sobie psuć relacji...Ale czy naprawdę kontakty z tak bezduszną osobą są warte wyrzutów sumienia, że skazaliśmy zwierzę na cierpienie swoją obojętnością? Nie dla mnie. Nie mam skrupułów dla tych, którzy są zwierzętami dla zwierząt.


   I już całkiem na koniec pokażę Wam rabatkę, nad którą pracowałam 4 dni, w zastraszająco szybkim tempie. Rabata ma powierzchnię około 18 m2, jeszcze nigdy tak szybko nie wyrywałam darni, tylko zerkając na wózek, w którym drzemał Tadzio i modląc się, aby spał jak najdłużej, bym mogła zrobić jak najwięcej. Pomysł na rabatę w białym grysie (biała marianna) zrodził się w mojej głowie już dawno i w końcu nabrał kształtów i wprowadziłam go w życie. Udało mi się załatwić tonę kamienia, który tak naprawdę utonął w rabacie - zamówiłam go w sam raz, prawie brakło. Oczywiście pod grysem znalazła się agrowłóknina. Wymarzyłam też sobie ławeczkę wokół drzewka, na której będzie można przysiąść - brakowało mi czegoś takiego po tej stronie naszej działki, teraz już jest. Rabata wciąż jest jeszcze młoda i potrzeba czasu, aby rośliny się rozrosły i stworzyły klimat. Ale wszystko jest już na dobrej drodze i z każdym rokiem będzie lepiej:). 
   Pokażę Wam poszczególne etapy. Najpierw Kierownik Budowy musiał zatwierdzić zarys rabaty:
 Potem poszedł sprawdzić solidność innych budowli...
 Gdy usnął mogłam zabrać się za najcięższą pracę...usuwanie darni...w kilkudziecięciu stopniach upału. A potem wywożenie usuniętej trawy z ziemią na drugi koniec działki.
Kolejny dzień to dokańczanie usuwania darni, wkopywanie kostki oraz wyłożenie agrowłókniny.
Jak widzicie zastał mnie już zmierzch...

Dzień trzeci to umiejscowienie roślinek, a następnie zasadzenie ich na miejsce stałe na rabatce. Trzeba wziąć pod uwagę jak wielkie docelowo będą nasze rośliny i czy zamierzamy je ewentualnie przycinać.
Poniżej roślinki już zasadzone.
Druga połowa dnia to zwożenie grysu, który przybył do mnie Pocztą Polską w big-bagu.
A tak finalnie wygląda rabata, jednak wciąż nie uważam jej za skończonej, bo planuję jeszcze zasadzić na niej żurawki, które udało mi się w tym roku rozmnożyć. Myślę też o rozplenicy japońskiej, ale to jest do rozważenia jeszcze....
 Na koniec uśmiechnie się do Was jeden z moich pierwszych hibiskusów bylinowych, jaki zagościł w moim ogródku. Miłego dnia:)


1 komentarz:

  1. Tadzio jest taki wesoły- to szczęśliwe Dziecko. Dobrze, że Wam rabatę wytyczył!

    OdpowiedzUsuń