środa, 21 sierpnia 2019

Akcja warta udostępnięnia... Pomóżmy dzieciakom

Kochani dobrzy ludzie z mojego bloga, chciałam Was prosić o drobną pomoc. Akcja opisana jest przez moją blogową przyjaciółkę, Karolinę, na jej stronie:
Jeśli ktoś z Was mógłby wysłać kartkę z życzeniami do któregoś z trzech dzieciaczków, będę uradowana. Każde z nich jest chore...Nieuleczalnie. Każde walczy dzień w dzień ze swoimi ograniczeniami i nie poddaje się. Wielki szacunek i podziw dla Rodziców tych dzieciaczków, to im należą się medale za cierpienie serca, jakie każdego dnia w sobie noszą.
   Oprócz kartek można inaczej wspomóc, przynajmniej jednego z nich - Oliwierka. Jeśli jesteście choć trochę utalentowani, to przyślijcie swoje prace o tematyce "Kociaki" na jego adres. Później zorganizowany będzie bazarek, a pieniądze zasilą konto Oliwierka i pomogą mu zakupić leki. Ja już dziś wysyłam 4 pluszaczki uszyte przez mnie.
   Proszę, nie bądźcie obojętni!

wtorek, 13 sierpnia 2019

Życiny z moimi Teściami, salsowy caravaning i nowina:)

   Pod koniec lipca zabraliśmy moich Teściów wraz z pieskiem do Życin nad Chańczę. Pierwotnie próbowaliśmy zatrzymać się na polecanym przez Przyjaciół kempingu Keja, z którego mielibyśmy najbliżej by odwiedzić ich w drewnianym domku, do którego przyjechali całą ekipą na weekend. Jednak miejsc już tam było niewiele, dodatkowo teren bardzo piaszczysty i nierówny, a nasz kamperek zakopał się trzykrotnie. Dodatkowo wysokie iglaste drzewa nie dopuszczały wiele światła, skutkiem czego na samym dole było naprawdę ciemno, za czym nie za bardzo przepadam. Lubię drzewa, ale też lubię mieć jasność. Wobec tego postanowiliśmy spróbować na kempingu Brzozowe Uroczysko, który okazał się strzałem w 10tkę. Nie dość, że podłoże było całkowicie trawiaste, twarde, o zakopaniu nie było mowy, to jeszcze sympatyczne brzózki lekko ocieniały, dając jednak sporo miejsca na promienie słońca. Udało nam się przystanąć blisko wody, budząc się rano mieliśmy piękny widok.
    Będąc na kempingach uwielbiam zwiedzać inne przyczepki i kamperki. Za każdym razem udaje mi się zobaczyć coś nowego. I wiecie co? Już trochę ich widziałam, tych starszych i tych nowszych (chociaż nowszych mniej) i do tej pory nie znalazłam takiego, na którego chciałabym się zamienić. Nawet za takiego z 2018 roku. Mankamentem tych nowych kamperów jest często to, że są one kompletnie nieprzemyślane. A już szczególnie nie podobają mi się integry. Dla mnie alkowa, to alkowa, najlepsze rozwiązanie pod słońcem - wygodna sypialnia nad kabiną kierowcy, przytwierdzona na stałe. W integrach to łóżko umocowane jest pod sufitem i zjeżdża automatycznie po naciśnięciu przycisku. Jednak w integrze, w której ja byłam to łóżko po rozłożeniu blokuje niemal kompletnie wyjście na zewnątrz. Trzeba by się czołgać pod łóżkiem aby wejść lub wyjść z kampera! Nie wiem, czy wszystkie integry tak mają to przemyślane, mam nadzieję, że nie, bo to zupełnie nietrafiony pomysł. Dodatkowo wszelkie skrytki, schowki, szafki w tym nowym kamperze oglądanym przeze mnie były strasznie płytkie, okrojone, malutkie i totalnie niepraktyczne. Tyle miejsca zmarnowanego! W naszym kamperku każda przestrzeń jest maksymalnie wykorzystana, nie ma mowy o marnotrawieniu czegokolwiek.
    No i stolarka, która na pierwszy rzut oka wygląda jakby ociekała złotem. Jednak po bliższych oględzinach okazuje się, że została wykonana na szybko, z tanich materiałów, nieodpornych na stłuczenia (szczególnie sekcja kuchenna powinna być wytrzymała!). Potwierdził te fakty sam właściciel kampera, który nie ukrywa, że nowe kampery mają wiele mankamentów. A przecież kosztują tak dużo pieniędzy, to przykre, że producent nie dba o solidność swoich pojazdów.
   Starsze kamperki w większości robione były w środku przez prawdziwych stolarzy, którzy znali się na swojej robocie, zęby na tym zjedli. Współcześnie stolarzem może być każdy, co nieraz widoczne jest właśnie w realizacjach.
   Jeśli chcecie się wgłębić w temat, polecam vlogi:
   Bardzo podobał mi się starszy nieco od naszego kamperek właśnie na kempingu Brzozowe Uroczysko. na bazie Fiata Ducato. Była to wersja zimowa (czyli podwójna podłoga, zabezpieczone przed przemarzaniem zbiorniki na wodę, dodatkowa izolacja ścian), w środku bardzo spodobał mi się duży kącik przy stole na 6 osób, było tam tak przytulnie. Dodatkowo w łazience była oddzielna kabina prysznicowa, jednak wciąż nie zamieniłabym się na naszego kamperka.
   A wracając do weekendu w Życinach... Niestety opadłam trochę z sił, było mi dosyć słabo, szczególnie w sobotę. Chyba mogę Wam już powiedzieć - spodziewamy się trzeciego Rozkoszniaczka:) Trzymajcie kciuki za dziewczynkę. Tym razem nasze starania nie potrwały nawet miesiąca :) Początkowo myślałam o adopcji, bo tyle jest biednych dzieci pragnących rodzicielskiej miłości, jednak ogrom formalności, długi okres oczekiwania oraz mnóstwo negatywnych opowieści na dobre mnie zniechęciło... Wobec czego postanowiliśmy starać się o własne, chociaż na myśl o trzeciej cesarce włosy stają mi dęba... Wcale tego nie pragnę, jednak po dwóch cesarkach kolejna jest już z automatu. 
   W każdym bądź razie jestem wdzięczna Bogu, że znowu pozwolił mi cieszyć się błogosławionym stanem, pomimo tego, że ten pierwszy trymestr jest tak strasznie dla mnie ciężki. Budzę się już zmęczona. Mam mnóstwo pomysłów na szeroko pojęte wykorzystanie danego dnia, jednak sił mi brak.

Dawno już  nie zamieszczałam filmików...Tym razem nie mogę się oprzeć. Pokażę Wam jakie relacje panują między moimi Synkami:) Tadzio bardzo często opiekuje się swoim młodszym Braciszkiem, wszystko Mu tłumaczy i wszystko chce robić razem z Nim. I vice versa. Nikoś jest bardzo empatyczny i jeśli Tadziowi dzieje się krzywda, to Nikoś też płacze.

Na początku sierpnia wybraliśmy się z naszą salsową ekipą na bardzo miły weekendowy wyjazd w pobliżu Ojcowa na kemping Nasza Dolina. Świetnie spędziliśmy czas zwiedzając, tańcząc, grając w gry i po prostu śmiejąc się.
A w domu... Ocet jabłkowy już zrobiony, kolejny nastawiony będzie już wkrótce, jak zleci więcej jabłek z drzew. W tym roku nie ma takiego urodzaju, jak w zeszłym. To samo tyczy się orzechów włoskich. Szkoda, bo ja tak je uwielbiam, szczególnie gdy są młode. Prawdopodobnie trzeba będzie czekać kolejny rok, aby plony były obfitsze. W tym roku dodatkowo susza nie pomogła, bo część drzew zrzuciła owoce przedwcześnie, pewnie nie mogąc odżywić wszystkich.
A w mojej kuchennej pracowni powstał kolejny łapacz snów:) Lubię zawieszać je na tarasie zanim się sprzedadzą.
A w ogrodzie.... Ostatnio trochę popadało, co bardzo cieszy. Ja z kolei niewiele mam energii, aby działać, więc ograniczam się do koniecznych rzeczy. Udaje mi się nawet korzystać z huśtawki na tarasie, gdy pilnuję dzieci. I powiem Wam, że nieswojo się czuję tak po prostu leżąc i bujając się...
 Hortensje bukietowe teraz mają swój czas. Poniżej limelight szczepiona na pniu.
 Kolejne dwie odmiany bukietówek.
 A to widok z okna kuchennego na vanilla fraise.
 Vanilla Fraise od innej strony.
 Moja ulubiona hortensja ogrodowa, zdobyta kiedyś na targach ogrodnicznych w Krakowie.

 Miłego popołudnia wszystkim:) Ja zmykam...odpocząć....

poniedziałek, 29 lipca 2019

Lipcowy ogród

Zorientowałam się, że pomimo tego, iż w poprzednim poście dałam tytuł "różne rękodzieło i ogród", to zdjęć ogrodu prawie nie załączyłam. Wobec tego poprawiłam tytuł, a zdjęci ogrodu zamieszczam tutaj.
   Prawda jest taka, że susza panuje dalej, jedynym plusem tego jest, że chwasty tak nie rosną, trawnika nie trzeba tak często kosić, ale wszystko inne to minusy. Zwierzęta są spragnione wody, na trawniku pojawiają się wysuszone placki, rośliny o dużym zapotrzebowaniu na wodę (takie jak hortensje) bardzo cierpią, cała reszta roślin nie jest w stanie czerpać substancji odżywczych jeśli podłoże jest suche, wszystkie rośliny są o połowę niższe niż przy regularnych opadach deszczu, a owoce nieraz wysychają na krzakach. Oprócz tego długotrwała susza doprowadza do obniżenia poziomu rzek oraz wód gruntowych, skutkiem czego w niektórych rejonach Polski ludziom brakuje wody pitnej. Z roku na rok obserwuję te zmiany i bardzo mnie one martwią. Dodatkowo te wysokie temperatury, szczególnie na Zachodzie Europy. Działalność człowieka skutkuje potężnymi zmianami klimatycznymi, które większość ludzi lekceważy. Niestety nie będzie lepiej, jeśli nasze postępowanie wobec natury nie zmieni się diametralnie, a zmiana potrzebna jest o zasięgu globalnym, nie tylko lokalnym.
   Kocham życie na naszej planecie, doceniam każdy metr kwadratowy nieskażony działalnością człowieka, dbam o to, by po sobie zostawiać porządek, boli mnie tak bardzo to, że inni rzucają odpady dosłownie wszędzie. Nie starczy mi życia, aby posprzątać wszystkie śmieci, które napotykam na swojej drodze. A nieraz to robimy z Chłopcami. Marzy nam się taki teleskopowy chwytak, aby Chłopcy mogli bezpiecznie zbierać śmieci, nie dotykając ich rękoma.
   A wracając do tematu postu...W tym roku zakupiłam trzy ciemne jednoroczne trawy. Jedna z nich już zaczyna kwitnąć.
 Wystarczy wazon z kwiatkami, a wnętrze każdego domu wygląda inaczej.
 Jeżówki są kochane przez motyle. A ja uwielbiam patrzeć na ich taniec nad tymi kwiatami.
 Zakupiłam cztery takie budki dla jerzyków. Grześ powiesił je naprzeciwko naszego domu, na północnej stronie starego garażu Rodziców.
 A na naszym trawniku jednej nocy rozbiło się obozowisko:) Gościliśmy podróżników, którzy z Gliwic przybyli na rowerach z namiotami.
 Poniżej fragment murku, który sukcesywnie, choć powoli pnie się do góry. Będzie tu taki zakątek z okienkami, dwoma stołeczkami i stolikiem.
 Poniżej hortensja Pinky-Whinky.
 Taras mój ukochany. Podlewania co nie miara, ale czasem pomaga mi w tym Grześ, bo ostatnio trochę zaniemogłam.
 Jeżówki w innym fragmencie ogrodu. Miskanty (między innymi mój ulubiony - Memory) urosły bardzo wysoko.
 Tutaj możecie zobaczyć jakie spustoszenie uczyniła panująca susza...Trawnik ledwo zipie...
 Tak wielki kwiat hortensji krzewiastej - hortensji, która zakwita jako pierwsza.
 Uwielbiam ją.

Kochani, życzę Wam wspaniałego początku tygodnia, może przyniesie on trochę deszczu, który jest tak bardzo potrzebny.

Różne rękodzieła

Długo nosiłam się z zamiarem uszycia poduszek do kampera i w końcu mi się to udało. Oto rezultat.


Zdjęcie trochę kiepskiej jakości, za co przepraszam

 Jednej z moich Przyjaciółek ukleciłam taką karteczkę na 30te urodzinki.

Kolejny słoik zyskał makramowe wdzianko.
 A do kampera zrobiłam taką siateczkę z makramy.
 Z nowego koloru sznurka powstała taka oto makrama, z której nie jestem do końca zadowolona.
 Za to z tej jestem dumna, wyszła tak, jak tego chciałam.

 Postawiłam sobie za cel nauczenie się wykonywania łapaczy snów i to jest mój pierwszy z nich. Przeżył już ogromną burzę i dalej wygląda tak, jak zaraz po stworzeniu:)

 Zrobiłam też czarną sowę, która dołączyła do szarej i ecru.
 Karteczka zrobiona na takie okazje jak urodziny lub imieniny.
 Od dawna również myślałam nad zrobienie woreczków z firanek na wszelkiego rodzaju produkty na wagę i w końcu się do tego zabrałam. Już nawet kilkakrotnie je wykorzystałam. Zdziwienie było tylko na placu targowym u starszego pana, który stwierdził, że nigdy w życiu czegoś takiego nie widział :)

 Kolejny mój łapacz snów wyglądał tak: Obecnie wisi sobie w wiatrołapie.

Ale mój ulubiony wzór powstał dopiero za trzecim razem. Tym razem kolor ecru, nie biały oraz wykorzystałam splot makramowy.

 Obecnie wisi na tarasie, jednak mam już na niego zamówienie i czeka tylko na odbiór.

 Taras- moja oaza spokoju:)
I jeszcze na koniec pokażę Wam co zakupiłam do kamperka - sztuczną roślinkę, która wygląda jak prawdziwa. Z alliexpress.


Miłego poniedziałku kochani. Ja troszkę zwalniam obroty, bo mój organizm mówi, że potrzebuje odpocząć. Więc pomimo codziennego planowania, gdy czegoś nie uda mi się zrobić, to sobie po prostu odpuszczę. Czasem też trzeba wypoczywać....niestety :)

sobota, 27 lipca 2019

Stefan i Międzybrodzie Bialskie ponownie

Bardzo trudno mi pisać ten post... Stefana, naszej kochanej sroczki już z nami nie ma. Pewnego ranka z niewiadomego powodu zastaliśmy Stefanka martwego... Nie mogłam dojść do siebie i chociaż minął już tydzień, dalej mam łzy w oczach, gdy o nim myślę, a gdy patrzę na zdjęcia z nim, to krwawi mi serce. Był taki kochany, taki mądry i taki już do nas przywiązany... Apetyt miał wielki, ciągle otwierał dziobek i biegał za mną machając skrzydłami. Wyglądał na zdrowego i pełnego energii...
   A tu.... :( ;(
   Chłopcy go uwielbiali. A on chętnie siedział im na dłoniach. Dawał się nosić, głaskać i przytulać. Jednak dbałam o to, by z tej całej miłości do niego za bardzo go nie ściskali.
   Chcę wierzyć, że przez swoje króciutkie życie był u nas szczęśliwy...Chcę wierzyć, że nie cierpiał kiedy odchodził. I chcę wierzyć, że istnieje niebo dla zwierzątek.
   Wydarzenie ze Stefanem dało mi wiele do myślenia. Z pozoru zdrowa i pełna energii istota już kolejnego dnia może z nami nie być... Nie chcę przenosić tych rozmyślań na moich najbliższych, jednak i do tego to się sprowadza...Bo przecież nikt nie wie komu ile pisane jest przebywać na tym świecie. Dlatego trzeba kochać jak najsilniej i okazywać tą miłość na każdym kroku swoim najbliższym, trzeba chcieć spędzać z nimi czas, póki jest on nam dany. Bo kiedy odkładamy coś na później, tego "później" może już nie być. 



Z naszym Stefankiem byliśmy jeszcze raz na Polu Biwakowym Rodzinnym, w Międzybrodziu Bialskim. Był tam wielką atrakcją, każdy chciał go zobaczyć i dotknąć.

 Był to Zlot Grupy Caravaningowej Południe, uczestniczył też w nim MAN, który przyjechał z pokazowym VANem kamperem. W międzyczasie można było wziąć udział w organizowanym przez MANa konkursie w układaniu puzzli 3 D. Na 9 rodzin zajęliśmy pierwsze miejsce :)
 Stefana nie zabrakło również podczas ogłoszenia wyników i rozdania nagród.
 Wieczorem był przepyszny poczęstunek przygotowany przez Właścicielkę Pola. Widzicie tą buteleczkę? To truskawkówka :)
 Paliliśmy ognisko zaraz obok naszego kamperka, więc mogliśmy spokojnie zostawić śpiących Chłopców i co jakiś czas ich doglądać.

Tak wyglądał kemping zanim wszyscy się zjechali...
 
A potem już tak (widok z drugiej strony).

Zabrałam ze sobą miętę z ogródka, bo bardzo bolał mnie żołądek. Przestał po pierwszej mocnej herbatce z zioła.
 Spacerowaliśmy każdego dnia.
 Stefan cały czas był  z nami...
 Chętnie pozował do zdjęć.
 Dzieciaki za nim szalały, zarówno Tadzio, jak i Nikoś.
Kiedy wróciliśmy do domu zrobiłam mu jeszcze dwa ostatnie zdjęcia... 
 Zdjęcie poniżej to ostatnia pamiątka po Stefanku. Kolejnego dnia niestety nie przeżył :(

Smutno bez niego :(