Mała zmiana:)

Strony bloga zostały przeniesione do paska bocznego, ponieważ po dodaniu zakładki "DIY" nie wszystkie były widoczne, a blogspot nie przewidział może opcji zawijania tekstu w dół:) Tak więc zaprawszam na pasek boczny, by zobaczyć inne moje zakładki.

piątek, 24 października 2014

Kotłownia powoli napełnia się płytkami.:)

   Dobry wieczór kochani. Dziś był baaardzo zimny dzień. Stwierdziłam, że to ostatni dzwonek na wykopanie mojej męczennicy... Przed zabiegiem wyglądała tak:
  Pięknie rozpostarta na płocie sąsiada... Kwitła na niebiesko... A teraz niestety musiałam przyciąć jej pędy, wykopać i umieścić w doniczce w domu. Miejmy nadzieję, że szybciutko odbije i znów pojawią się na niej listki... Jak widzicie, jeszcze kwitnie ostróżka wysiana z nasion...
  Pokusiłam się też na kupno chryzantem, które zwykle wywołują u nas skojarzenia z cmentarzem... A przecież to naprawdę piękne i wdzięczne kwiaty. Zobaczymy czy przetrwają u mnie zimę. Wybrałam odcień różowawy, ciężko mi go bliżej określić, ale bardzo mi się spodobał.... Ładnie wkomponował się do mojego różowego klematisa, który wciąż kwitnie...


    Wykorzystałam bezdeszczowy dzień i wykonałam parę prac ogrodowych...Dosadziłam więcej czosnku (45), wyrwałam truskawkom stare już liście oraz nazbierałam dla mojego Grzesiaczka ostatnie już w tym roku poziomki i maliny.
      Zabieram się i zabieram powoli do moich dyń, które dekorują mi na razie ogród... Mam plan otworzyć je w najmniej inwazyjny sposób, wydobyć pestki, a resztę ususzyć...Jednak nie wiem jakiego detergentu użyć, aby w środku nie zagnieździła mi się pleśń. Zdaje się, że będę musiała zapytać Wujka Google...Chyba że macie jakiś pomysł?
   Gdy Grześ wrócił z pracy, zwieźliśmy 30 worków cementu i zabezpieczyliśmy na zimę. Niestety nie uda nam się już rozpocząć grodzenia, nie wiemy kiedy przyłączą nas do sieci gazowej, więc zostawiamy to na wiosnę...
    Pojawił się problem z balkonami, ponieważ woda ściekając z nich, zaczyna już powoli brudzić nam czoło balkonu, które pokrywa puc... Niestety na położenie płytek jest już za późno, zbyt niska temperatura, więc jutro pomyślimy jak zabezpieczyć balkony przed ściekającą po nich wodą... Dziś natomiast wyłożyliśmy folię ogrodową po stronie zachodniej i północnej, aby uchronić dół elewacji od odpryskującej od ziemi deszczówki.
   Byłam też na placu targowym i udało mi się zakupić dwa trójwymiarowe obrazy dla Mieszkańców DPSu. Mam nadzieję, że się ucieszą. 

   A to nasza kotłownia... Wujek Grzesia powoli wykłada ją płytkami. Od razu jaśniej się zrobiło! Kto powiedział, że kotłownia ma być ciemna, prawda? Już nie mogę się doczekać efektu końcowego:)
   Czekamy też na Rafała i Dominika, którzy mają wkroczyć z gładziami.
   Aha, regipsy wyszły nas 2000 zł materiał oraz 2800 robocizna, chyba zapomniałam o tym wspomnieć.
   Miłego wieczoru wszystkim! I przy okazji - chciałam Wam podziękować za tak ciepłe maile, które od Was otrzymuję. Dziękuję, chociaż wydaje mi się, że na nie nie zasługuję.

czwartek, 23 października 2014

Docenianie małych rzeczy

   Pomimo biegania między pracą zawodową, a popychaniem urządzania naszego gniazdka, udaje mi się odnaleźć chwilkę na różne refleksje i rozważania. Czasem jest to moment podczas wykonywania prostych czynności, jak prace w ogrodzie, czy zamiatanie nagromadzonego pyłu i styropianu w naszym domku po kolejnych etapach budowy, czy też jeszcze innych rzeczy. Chciałam się z Wami podzielić jednym z moich wielu codziennych refleksji, które staram się w sobie pielęgnować i kształcić. Docenianie i poczucie wdzięczności. Takiej codziennej, ludzkiej wdzięczności. Żyjemy w epoce konsumpcjonizmu, kiedy to każdy pędzi przed siebie, nie mając czasu na nic, a goniąc nieustannie za tym, aby posiadać jak najwięcej. Nawet reklamy telewizyjne stają się nieznośne...Ostatnio denerwuje mnie taka jedna, w której to stary, prosty telefon zostaje nazwany antykiem...Bo teraz jest moda na supernowoczesne iphony i smartfony, kto ich nie ma, jest z innej epoki. A ja tam lubię mojego antyka, przynajmniej bateria służy mi tydzień i nie muszę codziennie jej ładować. Telefon jak dla mnie ma służyć do dzwonienia, a im większą ilością funkcji go faszerują, tym krócej wygląda jego żywotność. Ciekawe, czy wkrótce telefon będzie dla nas robił poranną kawę...
   Zwykłe, ziemskie, ludzkie przyjemności idą w odstawkę. Teraz liczą się zupełnie inne rzeczy... I w całym tym pościgu za nie wiadomo czym, tracimy naszą zdolność doceniania tego, czym obdarzył nas los, co dostaliśmy od Boga, co każdego dnia otrzymujemy, chociaż przecież nie musi tak być... W angielskim jest taki zwrot "taking something for granted", którego brakuje mi w polskim. Ale postaram się przetłumaczyć tak, aby oddać znaczenie tych słów. Znaczą one traktowanie czegoś jako coś oczywistego, coś, co nam się należy, coś co zawsze jest i ma być, bo tak już jest. I ja staram się z tym walczyć, usiłuję każdego dnia dostrzegać to, co pięknego i dobrego jest wokół mnie... Bo z takich małych rzeczy składa się nasze szczęście. Jeśli będziemy potrafili się nimi cieszyć, życie choćby nie wiem jak ciężkie, będzie o wiele lżejsze i przyjemniejsze, a i my sami może zaczniemy dostrzegać to, co tak naprawdę powinno w życiu się liczyć.
   I czasem jest mi ciężko ogarnąć myślami to wszystko co w życiu otrzymałam... Od  wspaniałych, najcudowniejszych rzeczy, do tych malutkich, całkiem błahych... Często dziękuję w duchu za mojego wymarzonego Męża, który jest dla mnie taki dobry, który uchyliłby mi nieba, gdyby mógł. Przecież kupił mi nawet konia, Mimi... Dziękuję za moją cudowną Mamę, która zawsze tak bardzo się o mnie troszczyła, czasem aż z przesadą :)... za Brata, za wspaniałych Teściów, których mam od ponad pięciu lat... za moich przyjaciół - tych rozsianych po Polsce (a także jednego z Indii), ale i tych, którzy ze mną pracują, dzieląc smutki i radości. Dziękuję za to, że każdego ranka budzę się i mogę widzieć świat, bo mam sprawne oczy (doceniam to szczególnie, kiedy w pracy spędzam czas z jednym niewidomym Panem)...I za to, że gdy się już budzę, to nie tylko mam dach nad głową, ale i ciepłe ciałko mojego Grzesiaczka przytulonego do mnie... A potem gdy piję poranną kawę, nasz kotek Wojtuś umila mi ją swoim mruczeniem i ocieraniem się o mnie... Doceniam coraz bardziej momenty, kiedy mogę cieszyć się słońcem i kiedy dzień jest długi, a noc krótka... Doceniam piękną naturę wokół mnie - tą całkiem dziką, nie ujarzmioną jeszcze do końca przez człowieka, ale i tą, wypieszczoną ludzką ręką... Umiem cieszyć się pięknem ogrodów, które należą do innych, gdy jedziemy samochodem wyglądam przez szybę, podziwiając wysiłki innych. Tak bardzo teraz doceniam jak urokliwą działkę otrzymaliśmy od moich Teściów - nie przy głównej drodze, lecz na niewielkim uboczu, wśród drzew, taką słoneczną i przyjemną. Doceniam i podziwiam kulinarne wyczyny mojej zdolnej Teściowej, która z taką ochotą dzieli się z nami owocami swojego talentu. Doceniam to, że żyję w Polsce, a nie na przykład w Pakistanie, gdzie kobiety traktuje się podmiotowo i nie mają ode jakiegokolwiek dostępu ani prawa do nauki. Cieszę się najmniejszymi rzeczami w ogrodzie - cieszy mnie każdy nowy przyrost który zauważę, cieszy mnie, kiedy uda mi się wyprowadzić roślinę z choroby (tak jak to nastąpiło w przypadku rododendronów), kiedy uda mi się wyplewić chociaż mały kawałek powierzchni, cieszy mnie każdy słoneczny moment, kiedy w ogóle mogę wyjść do ogrodu.
   Cieszy mnie każdy uśmiech Mieszkańca Domu pomocy Społecznej, do którego się przyczyniłam albo i nie - uwielbiam tych ludzi i każdego z nich kocham jak członka rodziny. Smucę się, kiedy ich stan się pogarsza, a potem po prostu od nas odchodzą, do tego lepszego świata bez zmartwień, ale doceniam każdy dzień, kiedy mogłam z nimi przebywać i pielęgnuję wspomnienia o wszystkich, z którymi pracowałam. Praca w DPSie uczy tak wiele...uczy pokory do życia i śmierci... Uczy doceniać normalny dom rodzinny, uczy doceniać zdrowie i siły, uczy doceniać to, że nie jest się w życiu samotnym i skazanym na uzależnienie od innych w najprostszych nieraz czynnościach... Uczy doceniać jak wiele mamy, o czym inni marzą każdego dnia.
   Jeśli czytacie ten post, to jesteście tymi szczęśliwcami, którzy mają zdrowe oczy i mogą podziwiać piękno otaczającego nas świata. Czasami warto poczuć się szczęśliwym:) I tego Wam życzę kochani. Czasem w tej szalonej pogoni zatrzymajcie się i po prostu cieszcie się życiem.

poniedziałek, 20 października 2014

Elewacja - finał.


    Witajcie kochani. Nasza Elewacyjna Ekipa zakończyła ostatecznie prace. Domek wygląda teraz tak jak na zdjęciu poniżej. Teraz jeszcze dojdzie podbitka oraz wymalowanie ozdobników pod dachem na palisander. Grześ obudował piasek siany deskami, aby go zabezpieczyć przed wysypywaniem. Musimy też przenieść cement w jakieś wolne od deszczu i wilgoci miejsce, ponieważ sporo go zostało po wylewce, a nie wiem, czy uda nam się wykorzystać w tym roku na ogrodzenie, bo podwykonawca wykopu gazu nie do końca wie kiedy wkracza do akcji...
   Za to prąd będziemy mieć w ten czwartek!

   Ja natomiast przegrzebałam większość naszej wielkiej szafy i z ulgą pozbyłam się wielu, wielu ubranek, które albo leżały tam ze względu na sentyment do nich albo z myślą, że "kiedyś się przyda" albo z bliżej nieokreślonego powodu, zabierając jedynie tak cenną przestrzeń. Marzy mi się, aby w naszym domku każdy ciuch miał swoje wygodne miejsce, aby ubrania się nie gniotły i aby koszule Grzesia luźno wisiały sobie na drążku pięknie wyprasowane. Ale mam marzenia, prawda?:) Fakt jest taki, że w szafie mamy zbyt dużo rzeczy, w których w większości nie chodzimy, a tak szkoda nam się ich pozbyć. Jutro PCK zbiera ubrania spod domów dla osób potrzebujących, więc będę miała czyste sumienie, wiedząc, że komuś innemu przydadzą się nasze ciuszki.
   Zmienna pogoda sprawiła, że chyba złapałam jakieś przeziębienie. Mam nadzieję, że szybko przejdzie, bo we środę wracam do pracy i chciałabym być w pełni sił.
    Zakupiliśmy dzisiaj płytki do kotłowni. Naprawdę jedne z najtańszych jakie były w Castoramie. Na razie tylko na ścianę, bo wzięliśmy 22 opakowania po 14 kilo każda i nie chcieliśmy za bardzo przeciążyć naszego autka. Kolor - jasny, prawie biały. Może będzie kompensować kiepskie światło w kotłowni (wąskie i wysokie okienko). Płytki na podłogę będą miały kolor również jasny. Dlaczego zaczynamy od kotłowni? Ponieważ zanim zamontujemy piec, zbiorniki i inne urządzenia pasuje mieć już płytki.
   Grześ teraz pochyla się natomiast nad cenami grzejników firmy Buderus...A ja wracam do szafy, którą trzeba odchudzić:) Miłego wieczoru wszystkim.


niedziela, 19 października 2014

Deski, zabezpieczenie elewacji oraz Mimi

   Dosyć ciężko piszę się posta z Wojtkiem mruczącym i upominającym się o pieszczoty na moich kolanach, ale mimo to spróbuje:)
   Przed weekendem udało nam się ułożyć prawidłowo deski, które leżały po zachodniej stronie domu, położone tam przez naszą Ekipę Budowlaną na początku czerwca.  Deski leżały bezpośrednio na deskach, uniemożliwiając schnięcie. Teraz poprzedzielane drobniejszymi listwami mogą sobie spokojnie wysychać. Jeszcze przykryjemy je niebieską plandeką i myślę, że od wschodniej strony domu mają lepsze szanse na schnięcie.

 A tutaj nasz pomysł na zabezpieczenie elewacji, podsunięty przez Teściów - po stronie gdzie Ekipa Elewacyjna usunęła już rusztowanie, umieściliśmy folię ogrodniczą, aby świeża, nie ubita ziemia nie odpryskiwała przy silnych opadach na nasze ściany. Oczywiście jest to tylko chwilowe rozwiązanie, dopóki nie mamy kostki. Spód natomiast okryjemy kamieniem elewacyjnym, jakimś piaskowcem, ale to na sam koniec, jeśli nam wystarczy pieniążków.
 W niedzielę udaliśmy się w odwiedziny do naszej Mimi, do Proszówek. Była piękna pogoda, a Mimi pomimo naszej dłuższej abstynencji była grzeczna, jedynie nieco wierciła się przy czyszczeniu. Natomiast podczas jazdy jak zwykle aniołek.
 A to moje dwa Misiaki:) Grześ i Mimi.
 Czy ta mordka nie jest słodka? I czy te oczka mogą kłamać?:)

piątek, 17 października 2014

Puc prawie gotowy

   Dziś tylko takie małe zdjęcie, na smaczek:) Pogoda znowu kiepska, więc nasz domek z dwóch stron osłonięty niebieską folią, w celu zabezpieczenia od deszczu.  Zabrakło jednego wiadereczka tynku silikonowego, więc Pan Piotr musiał dokupić. Jutro rozliczamy się z Ekipą i będziemy mieć kolejny etap budowy zamknięty....
    Musiałam ująć to cudnie mieniące się kolorkami drzewko:)


czwartek, 16 października 2014

Jedna strona domku skończona (puc)

     Ale najpierw nasz Słodziak - Wojtuś :)

 No i jak Wam się podoba nasz domek?
 Żartuję oczywiście, to tylko grunt. Natomiast kolorek możecie mniej więcej zobaczyć na zdjęciu poniżej. Pogoda była fatalna do zdjęć, więc nie oddaje ono w pełni wybranego koloru. Przyznam, że miałam koszmary związane z tynkiem elewacyjnym, śniło mi się, że nasi Panowie położyli coś w stylu kolorowego moro... Wracając z pracy do domu jechałam trochę z duszą na ramieniu, bo nie byłam pewna, czy mój wybór tynku, którego musiałam dokonać sama, był trafny. Na malutkim arkusiku wśród szerokiej gamy kolorów, wybrany odcień mi się podobał, ale nigdy nie wiadomo jak konkretny kolor wygląda na czymś wielkoformatowym...Na szczęście okazał się on być takim, jakim go sobie wymarzyłam. I Grzesiowi również się podoba:)
   Panowie planują zakończyć pracę jutro (tydzień na elewację!), jeśli będzie bardzo padać, to pozakładają plandeki, aby ochronić tynk przed deszczem, a ściągną je kiedy indziej. Ja trzymam kciuki za pogodę, chociaż właśnie zapowiadają deszcz...


 A tu mój ogród... Gama kolorów, teraz powoli hibiskus bylinowy oraz hortensja zaczynają powoli żółknąć i gubić listki.
 Wysiane z nasion ostróżki nie zamierzają się jednak poddać tak łatwo... Kochane roślinki.
 A to kwiatuszek, którego nazwy nie pamiętam... Kwitnie po raz drugi.

wtorek, 14 października 2014

Lanckorona, kotki oraz nasz ciemny domek

  Niedziela była taka piękna... Wybraliśmy się na spacer po Lanckoronie. Było przepięknie - drzewa mieniły się tysiącami kolorów, stare chałupki otulały spadające liście, ciepłe promienie słońca ogrzewały naszą skórę.


A tu nasz Wojtuś, chowa się za dynią:)
 I wreszcie, po wielu trudach udało mi się sfotografować czarnego kotka. Jest przepiękny, zdjęcie niestety nie pokazuje jak bardzo lśni mu się sierść.
 A nasz domek? No cóż, znowu zmienia kolorek! Teraz jest...ciemny. Ładny kolor tynku wybrałam?:) To oczywiście klej, nie tynk.
 Miejmy nadzieję, że pogoda dalej będzie sprzyjać... Przyjechały już do nas blaszane parapety (w kolorze brązu).
   Regipsy są już skończone (za wyjątkiem łazienki) i pięknie wyszlifowane. Wujek Grzesia naprawdę dobrze się spisał. Za materiały do regipsów jak do tej pory zapłaciliśmy 2000zł. Elewacja kosztować nas będzie  jakieś 20 tys (materiał+robocizna)