Jestem Klaudia, mama trójki cudownych dzieci i żona wspaniałego Mężczyzny.W swoim życiu próbowałam wielu rzeczy- walczyłam na Mistrzostwach Polski w kickboxingu , jeździłam konno (mieliśmy klacz Mimi), tańczyłam salsę, tworzyłam makramy, jeździłam z Mężem terenówką, a obecnie od jakiegoś czasu zakochaliśmy się w karawaningu (całą 5tką jeździmy naszym kamperkiem) oraz sportach wodnych (motorówka i skuter). Kocham ogród i rośliny! Odkąd skończyłam 18 lat oddaję krew. Tańczę bachatę.
Nadrabiam zaległości i opisuję co się u nas działo w grudniu. Po urodzinach Tadzia jeszcze przez długi czas nie czułam świątecznego nastroju, nie mogłam się jakoś zmusić do bożonarodzeniowych przygotowań i strojenia domu. Zdaje się, że po prostu zmęczenie psychiczne i fizyczne dało mi się we znaki. W końcu nie pracuję, nic nie robię, a "jedynie" siedzę w domu z dziećmi. Bycie matką, gospodynią domową, żoną - to najpiękniejsze i nieraz najtrudniejsze rzeczy. Dlatego każda z nas potrzebuje resetu, odpoczynku, czasem olania wszystkiego i odpuszczenia. I na to sobie trochę pozwoliłam, dało mi to nieco nowej energii i już za chwilę znowu byłam gotowa do działania. A chce się robić jeszcze bardziej widząc błyszczące z radości i podekscytowania oczy Dzieci. To One są moim napędem, moją inspiracją i moją motywacją.
I właśnie dlatego upiekłam trzy domki z piernika - jeden dla Tadzia do szkoły na konkurs ozdób świątecznych, drugi dla Nikosia do przedszkola, a trzeci dla nas do domu. W przyszłym roku będę musiała upiec takich... 5! Dla Tadzia do szkoły, Nikosia i Zosi do przedszkola, mojej Matki Chrzestnej, która taki sobie zamówiła oraz dla nas do domu.
Potem zaczęłam dekorować dom, jednak w tym roku zrezygnowałam z kilku różnych dekoracji, bo obawiałam się o nie ze względu na Zosię, która jest w fazie destrukcji wszystkiego, szczególnie jeśli do jej rąk trafią nożyczki. Byłoby mi szkoda własnoręcznie zrobionych dekoracji, gdyby padły ofiarą Zosi.
Na klatce schodowej na przykład jest jedynie taka dekoracja, choinkę na pniu znieśliśmy w tym roku na parter, a ze sztucznych prezentów (pięknie opakowanych pustych pudełek) zrezygnowałam, bo wiedziałam, że kusiłyby Zosię, a ona nie zrozumiałaby, że to tylko atrapa i na pewno ochoczo zabrałaby się do odpakowywania.
W tym roku powstała też ta malutka dekoracja, która wisi sobie bezpiecznie poza zasięgiem rączek Zosi:)
Ramkom, które wykonałam kilka lat temu zmieniłam w tym roku oświetlenie - z zimnego na ciepłe, by pasowały do reszty.
To są chyba moje ulubione ozdoby, dają uczucie głębi jak się na nie patrzy, ma się wrażenie, że jest tam coś dalej.
Tak wygląda nasza choinka. Na strychu wciąż czekają przepiękne szklane bombki, które dostałam od mojej Babci. Może za trzy lata odważę się je zawiesić. Póki co jest to wciąż ogromne ryzyko, a chciałabym, aby te bombki przetrwały jak najdłużej.
Później zabrałam się za tworzenie takich oto jadalnych szyszek:
Przepis na nie spadł mi jak z nieba, bo akurat miałam w lodówce mascarpone, które powinnam wkrótce użyć, a nie miałam na nie pomysłu. Tak więc kleiłam je, gdy Dzieciaki sobie słodko spały, a Grześ oglądał jakiś program motoryzacyjny. Jak macie ochotę takie sobie zrobić, to podaję przepis:
-250g mascarpone
-opakowanie herbatników
-łyżka do dwóch kakao
-cukier puder do słodzenia
-50-100g masła
-opakowanie płatków czekoladowych, np.Nestle
Herbatniki zblendować, kakao rozpuścić z masłem, wymieszać wszystko oprócz płatków, formować stożki, a potem płatkami dekorować je tak, by powstały szyszki. Posypać cukrem pudrem, który będzie imitował śnieg.
Wrzuciłam powyższe zdjęcie na fb i jaka była moja radość, że dzięki temu moja znajoma z czasów studiów postanowiła mnie odwiedzić, by spróbować szyszki i nauczyć się je robić dla swojej córki. Mało tego, zrobiła też dla dzieci do szkoły, a o przepis zapytała nawet sama dyrektorka, taką furorą cieszyły się szyszki.
Później wykonałam takie oto bałwanki z mascarpone, kokosu, masła i cukru pudru. Szalik zrobiłam z żelek kupionych w Biedronce, a noski, guziczki i buzię z dekoracji do pierników. Potrzebne są też paluszki - do łączenia głowy z tułowiem oraz do zrobienia rączek bałwanków. Całość można obsypać kokosem.
Robiąc ciasta na Święta przypomniałam sobie jak wylizywałam miski za każdym razem, gdy moja Mama coś piekła. Wiem, jaką radość sprawia takie kosztowanie, więc i moim Dzieciom na to pozwalam. Niech i One mają takie fajne wspomnienia.
Zosia też jest zawsze pierwsza do testowania kuchennych rzeczy.
Miło wspominam pieczenie orzechowych ciasteczek z własnych orzechów włoskich. Chłopcy mieli świetną zabawę wałkując ciasto i wykrawając gwiazdki. Naprawdę dobrze im to szło, ciasto orzechowe daje się fajnie formować i łatwo odrywa od blatu. Zosia w tym czasie spała sobie słodko na górze, ucinając popołudniową drzemkę. Podejrzewam, że gdyby nie spała, to zamieszanie w kuchni byłoby dużo większe, bo też chciałaby robić to, co Chłopcy.
Razem z Tadziem wykonaliśmy pracę na konkurs plastyczny na eko-samolot z lektury "Pilot i ja". W środku siedzi człowieczek wykonany z korka po winie i drewnianej kulki. Użyliśmy też karton, plastikową butelkę oraz zakrętek po napojach. Projekt Tadzia, On uwielbia tego typu prace, a Jego kreatywność jest ogromna. Troszkę przypisuję sobie ten sukces, bo od małego pokazywałam Mu, że można zrobić coś z niczego i podpowiadałam, że nawet jeśli czegoś konkretnego nie mamy, to można to zastąpić czymś innym. I teraz moje serce rośnie widząc jak Tadzio kombinuje i wymyśla rzeczy, które i mnie zaskakują.
Póki był śnieg korzystaliśmy z niego jak tylko mogliśmy, za każdym razem wracając do domu na ciepłą herbatkę, która rozgrzewała nas od środka.
Zrobiłam Dzieciakom jeszcze kilka innych prostych zabawek - np. misie z gąbki do mycia naczyń, czy też tygryski z rolek po papierze toaletowym.
Zosi za przytulne łóżeczko posłużył karton po owocach. Cały dzień w nim przeleżała:) Zrobiliśmy też koronę na konkurs do szkoły z okazji Trzech Króli.
Zosia strojnisia sama sobie ubrała opaskę. Jej uśmiech kruszy każdy lód.
To ja, przy lepieniu uszek na Wigilię:)
I moja mała Pomocnica. Te kulku to farsz grochowy z cebulką, mój ulubiony. A kulki są świetnym patentem - potem nie trzeba sobie rąk brudzić nakładając farsz na ciasto. Wystarczy wziąć gotową kulkę, położyć i skleić. Genialny tip, który podpatrzyłam na youtubie.
Poniżej gotowe 110 uszek, mnóstwo pierników, które wspólnie dekorowaliśmy oraz Zosia całująca każdą bombkę zanim ją powiesiła.
Chłopcy dostali cudowną grę - hokej, od Mikołaja. Polecamy, aczkolwiek w Polsce jest ją trudno dostać. My mamy ją z Czech.
W miedzyczasie uczestniczyłam w jeszcze jednym projekcie bachatowym, tym razem lady styling i świąteczny układ.
Na koniec chciałam Was prosić o modlitwę i wysyłanie dobrych myśli dla Wojtusia, który urodził się w urodziny Tadzia - 19 listopada tego roku i już biedactwo małe ma za sobą operację poszerzenia aorty... Od dwóch tygodni jest w szpitalu pod opieką specjalistów, a jego dzielni Rodzice mieli naprawdę trudne święta. Przed małym Wojtusiem kolejne operacje (minimum dwie) i to o wiele poważniejsze i rozleglejsze. Wojtuś jest Synkiem mojej drogiej Przyjaciółki, która zawsze miała czas dla każdego i zawsze chętnie pomagała. Teraz to Ona potrzebuje wsparcia, a ja wierzę w moc modlitwy. Musi być dobrze!
I zdrówka dla Wszystkich, bo kogo nie spytam w około, to kazdy choruje, a dostanie się do lekarza graniczy z cudem... Dbajcie o siebie! Polecam herbatki z tymianku i szałwii, czosnek, sok malinowy i miodzik.
Udało nam się wykorzystać piękną pogodę i w październiku odbyliśmy ostatni w tym roku cruising po Wiśle. Obecnie łódka jest już przygotowana do zimowania, Grześ zalał ją glikolem, wymienił olej i filtry paliwa oraz oleju, wlał do silnika stabilizator benzyny oraz wpuścił silikon na tłok i na gaźnik. Zostało nasmarowanie ruchomych elementów oraz wyciągnięcie dywaników.
Poniżej krótki filmik z naszej wyprawy. Po drodze zacumowaliśmy na chwilę, by zabrać na pokład znajomych. Przy okazji zaliczyliśmy też spacer po bulwarach wiślanych i pod Wawelem zakupiliśmy pyszne obwarzanki z sezamem.
A teraz pokażę Wam część moich Przyjaciółek niepołomickich. Jest nas 17, jednak nie wszystkim udało się przybyć na sesję robioną przez moją znajomą - Dominikę Sowę. Oto dwa zdjęcia, które mogę Wam pokazać za ich zgodą. Reszta to zdjęcia z naszymi dziećmi, te wywołam sobie jedynie do albumu. Jestem pod wielkim wrażeniem naszej organizacji i tego, że udało nam się nasze dzieci zgromadzić w jednym miejscu na kilkanaście minut, aby zrobić zdjęcia. Było nas 11 mam i 27 dzieci!
A poniższe zrobiłam już ja. Nie umywają się do jakości zdjęć wykonanych przez superprofesjonalną Dominikę, jednak i tak je lubię.
A to już jesień u nas w ogrodzie i na pierwszym planie klon japoński.
I małe dekoracje.
Poniżej część mojej bachatowej ekipy, z którą tańczę regularnie. Mówię, że to część, gdyż chodzę do trzech różnych grup i do różnych instruktorów. Tutaj akurat świętowaliśmy urodziny Justynki - instruktorki. Polecam Wam ten sposób relaksu i wyrażania siebie - taniec, niekoniecznie bachata, bo nie każdemu akurat taki sensualny typ tańca może pasować.
Kartka, którą razem z Tadziem robiliśmy na 11 listopada.
Mini dekoracja w wiatrołapie.
Tak czasem robimy zakupy :) Każdy musi mieć swój wózeczek oczywiście. Na szczęście zwykle robię zakupy jedynie z Zosią, bo Chłopcy są w szkole lub przedszkolu.
Takiego potworka zrobiłam im z pudełka kartonowego oraz opakowania po mokrych husteczkach.
A tu dwa zastosowania jednej maski - sami to wymyślili:) Obecnie na topie jest Star Wars i Tadzio zażyczył sobie urodziny w takim właśnie stylu.
Za nami dwie duże uroczystości rodzinne i przed obiema dostałam zapalenia piersi, najpierw jednej, tydzień potem drugiej. Nie wiem jakim cudem udało mi się przeżyć obie bez podania antybiotyku, ale cieszę się, że wyszłam z tego obronną ręką. Mało tego, po urodzinach Nikosia wciąż z gorączką postanowiliśmy nie przekładać urlopowych planów i wyruszyliśmy kamperkiem w podróż. Po raz pierwszy w tak długą, po raz pierwszy z gorączką i po raz pierwszy tak daleko całą piątką, bo ostatecznie dotarliśmy aż nad morze, ale o tym w kolejnym poście...
Chrzest Zosi
Chrzest Zosi miał wyglądać zupełnie inaczej. Niestety pandemia pokrzyżowała nasze plany, ale nie chcieliśmy czekać dłużej, bo w tej kwestii jeszcze długo może się nie zmienić, a dziecko przecież ochrzcić trzeba. Dlatego zaprosiliśmy minimum Gości, w kościele Zosieńka była przespokojna, połowę mszy przespała, na drugiej połowie była przytomna, sam chrzest odbył się po mszy, obecni byli jedynie członkowie rodziny i mogliśmy ściągnąć maski. Zosia była przytomna i nawet nie zapłakała, gdy ksiądz polewał ją wodą święconą. Po chrzcie poszliśmy do domu na mały poczęstunek. Zrobiłam sałatkę, rozpaliliśmy grilla, były ciasta oraz deserki zrobione przeze mnie oraz piękny tort wykonany przez Teściową i sałatka zrobiona przez siostrę Grzesia. Nie wiem jak sobie poradziłam z organizacją wszystkiego będąc w gorączce, jednak w sobotę 30.05 w dniu chrztu temperatura mi spadła i mogłam skupić się bardziej na tym ważnym wydarzeniu. Zofia Rita jest w końcu ochrzczona, a my możemy spać spokojniej.
3cie urodziny Nikosia
W tym roku po raz pierwszy podjęłam się tematycznych urodzin, ponieważ takich właśnie sobie zażyczyli Nikoś z Tadziem. Na szczęście dla mnie temat nie był aż taki trudny - miały to być urodziny pirackie, do czego przygotowywałam się przez kilka tygodni, obmyślając różne dekoracje i atrakcje.
Zaczęłam od pieczenia ciasteczek z napisem "3 urodziny Nikosia".
Były też pirackie szabelki z Jego imieniem, rozgwiazdy i statki z napisem "ahoj".
A tak wyglądał proces tworzenia... wykrajanie ciasta stojąc na jednej nodze, bo druga bujała Zosię. Większość rzeczy robię w ten sposób, to się dopiero nazywa multitasking:)
Zrobiłam papierowe flagi pirackie, które miały być użyte do dekoracji stołu, jednak...całkiem o nich zapomniałam! To pewnie przez gorączkę, która opanowała mnie w dniu przyjęcia. Prawie o torcie zapomniałam!
Główną dekoracją była klimatyczna, stara skrzynia pożyczona od mieszkającego zaraz obok chrzestnego Tadzia. Zakochałam się w tej skrzyni, jest przepiękna, tak misternie zdobiona i w sam raz pasuje tematycznie do pirackich urodzin.
Na skrzyni umieściłam małpkę,, której założyłam za małą już na Chłopców piracką bluzeczkę.Obok skrzyni postawiłam roślinkę doniczkową, która miała grać rolę palmy:) Nad małpką zawiesiłam tablicę z napisem "ahoj kamraci!".
Na skrzyni umieściłam jeszcze lunetę oraz szabelkę, a do środka skrzyni włożyłam czerwony materiał i na nim wyeksponowałam klejnoty (biżuterię, która zalega mi gdzieś w szufladach).
Namalowałam też dwie mapy pirackie, bo czułam, że gdy zrobię tylko jedną, to jak zwykle będzie bitka:) Niestety nie mam zdjęcia tej drugiej, a jest całkiem inna.
Jakiś czas przed urodzinami pirackimi zamówiłam kilka książek o tej tematyce i czytaliśmy je do poduszki. Bardzo polubiliśmy zabawną serię Pirata Patcha, może uda nam się zdobyć wszystkie tomiki.
Zrobiłam też ciasto z pirackim złotem oraz dukatami (złota cukrowa posypka).
Każde z 24 upieczonych muffinków zostało udekorowane piaskiem (żółty lukier), kolorowymi klejnotami (posypka cukrowa) oraz ozdobione różnymi topperami, które zrobiłam z kartonu i wykałaczek. Na zdjęcie widać niebieski obrusik, jest to imitacja morza, dalej jest naczynie z piaskiem imitujące wyspę. Są tam muszelki, kamyczki, nieco roślinności i wytyczona ścieżka patyczkiem do zaznaczonego X. Po obrusie pływają ciasteczkowe statki.
A to kolejna taca z muffinkami. Połowa była kokosowa, a druga połowa cytrynowa.
Stół i znajdujące się na nim sałatki udekorowałam kwiatami szczypiorku, które udawały jeżowce.
Na czarnym obrusie umieściłam rozgwiazdy. Miały się tam znaleźć rozsypane złote czekoladowe monety i malutka skrzynia na nie, jednak niestety nie udało mi się ich otrzymać na czas, pomimo że zamówiłam je prawie tydzień wcześniej. Zostaną na imprezę Tadziową (chyba że Chłopcy zjedzą je wcześniej...)
Sok z jabłek zafarbawałam na kolor zielony (chociaż próbowałam na niebiesko, jednak sok miał odcień nieco żółty, a łącząc się z niebieskim utworzył taki właśnie zielonkawy. Jest to woda z laguny:)
Skrzynia była ciekawym miejscem na małe sesje fotograficzne. Goście także proszeni byli o przebrania pirackie i było naprawdę klimatycznie oraz zabawnie.
Nawet maleńka Zosia na chwilę przemieniła się w najsłodszą piratkę pod słońcem.
Kiedy przyszedł czas na dmuchanie świeczek oraz myślenie o życzeniu, Nikoś stwierdził, że pragnie popłynąć statkiem.
Taki oto tort Mu naszykowałam. Biszkopt przekładany kremem śmietankowym i dżemem z aronii i brzoskwini, na wierzchu jadalny opłatek, cukrowe morskie elementy oraz mnóstwo kolorowych cukierków i kolorowej posypki.
Przygotowałam
dwie zabawy, jednak nie byłam na siłach, by je poprowadzić,
natomiast udało mi się przedstawić kilka ciekawostek o piratach:
-Piraci
nosili przepaskę na oku nie dlatego, że go nie mieli, ale dlatego,
by przyzwyczaić je do widzenia w nocy i pod pokładem
-Najstraszniejszym
piratem był Czarnobrody, który przed atakiem na statek wplatał w
brodę konopie i je podpalał, by straszniej wyglądać
-Na
pokładzie największy problem był z higieną, ponieważ woda pitna
była używana wyłącznie w celach spożywczych, było jej mało i
była bardzo cenna, więc nie wolno było używać jej do mycia
-Nigdy
nie odnaleziono mapy skarbów
-Piraci
raczej nie patyczkowali się z pojmanymi i nie kazali im chodzić po
desce, od razu wyrzucali ich za burtę
-Napój
piracki to grog, jest to mieszanka rumu, wody, soku z cytryny oraz
cukru, a czasem piwa.
-słynne
piratki to Mary Read i Anne Bonny
-Juliusz
Cezar został kiedyś pojmany przez piratów z Sycylii, którzy
chcieli za niego okup w wysokości pół miliona złotych. Jednak
jako przywódca zyskał ich szacunek i obiecał, że jeśli go
wypuszczą, to wróci z okupem. Wypuścili go, a on wrócił, owszem,
ale pozabijał ich wszystkich