środa, 10 października 2018

Robi się jesiennie, a pogoda nas rozpieszcza

Kocham takie ciepełko w jesienne dni. Właśnie taka powinna być polska złota jesień. Każdego roku!
Symbole jesieni na dobre zagościły na naszym tarasie... Oczywiście wszystko to zbiory z ogrodu. Są więc dynie, w większości ozdobne, w tym roku nie miałam szczęścia do typowo pomarańczowych, pięknych dyń.  Bardziej udały mi się inne odmiany. Są też orzechy włoskie...

 Dużo orzechów włoskich...
 I jeszcze więcej orzechów. Wieczorami łupię je sobie, potem suszę i chowam do słoików.

I znowu dynie...



O takich dyniach mówiłam, że mam ich w tym roku mało. A tak naprawdę najbardziej je lubię. Mają taką cudowną, ciepłą barwę...
I znowu dynie...
Są też kwiatostany trawy zwanej drżączką.  Bardzo przyjemna trawka. Mam ją w ogrodzie pierwszy raz. Nie jestem pewna co do jej mrozoodporności, więc trzymam kciuki, aby udało jej się przezimować.
To ta sama trawa, jednak tutaj większy bukiet. Nikosiowi także się podoba:)
Dynie zagościły nawet w dolnej łazience:) A dlaczego by nie.
Potem zakupiłam jeszcze trzy sadzonki astrów jesiennych, które często nazywają marcinkami. Teraz sadzonki są już posadzone do gruntu, jednak jeszcze niedawno zdobiły kamionkowe donice. Przyznam się, że chociaż dopiero jesień do nas zawitała, to ja już z utęsknieniem czekam na wiosnę i na widok kwitnących tulipanów między innymi właśnie w takich donicach. 


A jeśli jesień, to także kasztany! Czy zauważyliście jak trudno teraz o kasztanowca? Biedne dzieci w szkołach muszą chyba walczyć pod drzewami o kasztany na zajęcia... Przecież bez nich ludziki z samych żołędzi nie miałyby prawa bytu... U mnie na działce rośnie sobie jeden, mizerny kasztanowiec, który co prawda ma pewnie kilkanaście lat, ale jeszcze nigdy nie kwitł i nie owocował. Tak bardzo chciałabym, aby za kilka lat moi Synkowie, a potem daj Boże Wnuki mogły się cieszyć kasztanami z naszego ogrodu. Dlatego też za rok mam zamiar wyciąć dwa świerki, które podbierają kasztanowcowi wartości odżywcze z gleby. Miejmy nadzieję, że to postawi go na nogi i weźmie się do życia.
Tymczasem moja ukochana Basia zadbała o to, aby nie zabrakło nam w tym roku kasztanów... W wielkim pudełku znalazłam ich na prawdę mnóstwo, a do tego takie cudowne inne podarunki... Sami zobaczcie. Brakuje jeszcze kolorowanki dla Tadeuszka, którą akurat w momencie robienia zdjęcia, mój Synek miał w posiadaniu.
A teraz pochwalę się moimi pierwszymi betonowymi kulami. Niestety do ich produkcji musiałam poświęcić szklane białe klosze, ale efekt naprawdę był tego warty.



 Oczko wydaje się być czystsze, Grześ jakiś czas temu wlał do niego pewien środek. Cieszymy się także, bo udało się uratować sporą część rybek, nie wszystkie zostały zabite przez ten niemiłosierny letni upał. Żabki, jak widać na zdjęciu mają się także dobrze. Kto je dostrzeże?
Tak było jeszcze we wrześniu...Kleoma ciernista pokazuje na co ją stać.
Onętek/kosmos w pełnej okazałości.
Róża Lovely Green w towarzystwie Green Jewel jeżówki.
A to samotny dzwonek kuka zza tarki. Uroczy widok.
Takiego jegomościa gościmy w naszym ogrodzie. Bardzo sympatyczny pan. Albo pani:) Tutaj schował się pod liśćmi dyni i tam sobie grasował.

Krzesełko wciąż rośnie rojnikami. To takie niedoceniane, a wdzięczne i niewymagające roślinki. Niestety aby dobrze je wyeksponować, trzeba specjalnego miejsca, aby nie zasłaniały ich inne roślinki.
Pisałam Wam już o urodzaju jabłek. Poniżej tylko część zbiorów, które przez cały dzień przetwarzałam na marmoladkę do słoików. Najgorsze było tarcie na tarce. Tak, jestem staromodna i nie używam jeszcze wynalazków typu Termomix :) Może gdybym takowy miała, to pewnie zmieniłabym zdanie. Póki co zawsze są inne wydatki, a ja nie stawiam jego kupna w grupie najpilniejszych priorytetów.

Kiedyś w internecie widziałam podobną rakietę, jednak bez zdjęć maluszków. Zainspirowała mnie do stworzenia podobnej. Tadziowi bardzo się podoba i długo opowiadał o tym, jak On i Nikoś lecieli w kosmos.
Nie śmiejcie się, ale metryczka Nikosia powstała dopiero teraz, po niemal półtora roku od narodzin. Wcześniej jakoś albo nie było czasu albo pomysłu na jej wykonanie. Ale w końcu jest i nie obawiam się już, że kiedyś Nikoś spyta mnie "mamusiu, a czemu dla Tadzia zrobiłaś tak wiele rzeczy, a dla mnie tak mało?" :) Moje odwieczne zmartwienie!
Kiedyś pokazywałam Wam obrazek w którym zawiesiłam zasuszone stokrotki od moich Synków. Teraz kolekcja się powiększyła o małe czerwone owoce, prawdopodobnie głogu oraz fioletowe kwiatuszki ślazu, który został odkryty przez nas na spacerze.
Taki tort trafił do kolekcji moich tortów. Najtrudniejszą rzeczą było barwienie lukru plastycznego, jak już go zrobiłam. Bardzo długo to trwało. Jednak cieszę się, bo lukier plastyczny zrobić można dużo wcześniej, wsadzić do lodówki, a potem na nowo wyrobić, dodając nieco oleju, by rozmiękczyć masę.
Na Rocznicę Ślubu (9!) zakupiłam Grzesiowi mapę świata, na której zaznaczać będzie miejsca, gdzie już był. Ostatnio dużo podróżuje służbowo i o ile miło jest, że pozwiedza nieco świat, to dla mnie jest to bardzo obciążające psychicznie i fizycznie, bo na wiele dni zostaję sama z dziećmi, ogrodem i całym domem. Przed nami jeszcze tygodniowa rozłąka, bo Grześ leci do Indii. 
Teraz pewnie będziecie się śmiać, ale...robię kalendarz adwentowy dla moich Synków. Zdecydowałam się zrobić go już teraz, bo w zeszłym roku tak strasznie żałowałam, że o tym zapomniałam, a tak naprawdę nie ma dobrych kalendarzy gotowych, które można by nabyć w sklepie. Zależało mi na spersonalizowanych zadaniach na każdy dzień, a tego nie można kupić. Dlatego też w tym roku jestem już przygotowana, a moje Dzieciaki będą miały niespodziankę. Tak naprawdę sama miałam wiele frajdy robiąc go, chociaż pracy było naprawdę dużo. Najwięcej z wycinaniem okienek w białych domkach, które postanowiłam podświetlić od tyłu.



 Tak wygląda kalendarz po podświetleniu. Z tyłu zamocowałam po prostu łańcuch ledowych lampek na baterię.
Moje chłopaki pięknie się bawią kiedy ja koszę trawę. Ostatnio Grześ nie ma na to wcale czasu, więc Go w tym wyręczam. Okazuje się to wykonalne, jednak podwójnie męczące, bo cały czas muszę mieć moje dwa małe Kasztanki na oku.
Potem korzystając z okazji, udało mi się zrobić im cudne zdjęcia. A ja tak kocham pamiątki w  postaci zdjęć właśnie. Wkrótce wywoływać będę ich jakieś 400, a na klatce schodowej wreszcie utworzę upragnioną galerię.



Lubię fotografować ich w różnych momentach, szczególnie wtedy, kiedy są szczęśliwi.


Tutaj akurat Tatuś wyjątkowo wziął dzień wolnego i byliśmy w stanie podjechać pod przedszkole po Tadzia całą trójką i zrobić Mu niespodziankę. Fordzik zrobił furorę wśród maluszków :)

Jeden z moich ulubionych momentów - wśród natury, kiedy to Nikoś poluje na najsłodszą i największą malinkę jaką może znaleźć. Ubolewam nad tym, że Tadzio nie przepada prawie wcale za owocami (nie licząc banana i jabłka). Chciałabym, aby kochał się w nich tak bardzo jak Nikoś, który uwielbia zajadać borówki amerykańskie prosto z krzaczka, a teraz często zobaczyć Go można z rękami pełnymi kiści naszych ciemnych winogron.
Tadzio z kolei kocha rowerek. Na razie to rowerek biegowy, ale myślę, że w przyszłym roku śmiało możemy Mu zakupić taki normalny, z pedałami. Już teraz łapie na tym biegowym doskonałą równowagę.
Śmieszne miny też warte są upamiętnienia:)

Na Polach Chwały w Niepołomicach Tadzio po raz pierwszy dosiadł konika, kuca. Bardzo Mu się to podobało, a ja zatęskniłam do czasów, kiedy posiadaliśmy Mimi, naszą ukochaną klacz...  Tadzio nigdy jej nie poznał, bo musieliśmy ją sprzedać zanim się jeszcze urodził. Nie było sensu utrzymywanie drogiej stajni, skoro nie moglibyśmy korzystać z jazdy (ja w ciąży, a Grześ nie miał czasu dojeżdżać 25 km do stadniny).
Moje  Śmieszki kochane :**** Łobuzy słodkie :**** Całować tylko ich i całować, łaskotać i gonić, a potem łapać, całować, łaskotać i ściskać i wąchać, wąchać ten cudowny zapach beztroski, zapach dziecka, zapach bezinteresownej miłości, zapach entuzjazmu. Kocham.
Braciszkowie. Razem. Ramię w ramię. Tak chcę na zawsze.

Uśmiech do schrupania:)
Tutaj w bocianim gnieździe, wspólne huśtanie jest fajne:)
Teraz coś, o czym dawno skrycie marzyłam, takie wprowadzenie w życie idei dzielenia się z innymi tym, co nam zbywa, tym co możemy. Pokazuję Wam to po to, bo być może Wam się spodoba, może się zainspirujecie i zrobicie coś podobnego jeśli nie w tym, to kolejnym roku lub za kilka lat. We mnie ten pomysł dojrzewał długo. Trochę onieśmielało mnie to, że nie mieszkam przy głównej ulicy i takie kartony musiałam umieścić przy ogrodzeniu teściów, ale gdy podzieliłam się pomysłem z Teściową, to sama zaproponowała własnie to miejsce i to dodało mi skrzydeł.  W kolejnym roku pomyślę o zrobieniu konstrukcji z czegoś plastikowego, bo niestety kartony nie są odporne na deszcz. Moja mała akcja cieszy się dużym zainteresowaniem, mnóóóóstwo rzeczy już zniknęło, na bieżąco uzupełniam kartony, a wczoraj znalazłam przemiłą karteczkę

W kolejnym roku pomyślę o zrobieniu konstrukcji z czegoś plastikowego, bo niestety kartony nie są odporne na deszcz. Moja mała akcja cieszy się dużym zainteresowaniem, mnóóóóstwo rzeczy już zniknęło, na bieżąco uzupełniam kartony, a wczoraj znalazłam przemiłą karteczkę "Bardzo dziękuję za poczęstunek! WSPANIAŁY POMYSŁ! Miłego dnia!" Bez podpisu, za to z namalowanym serduszkiem. Przemiła niespodzianka:) Wierzę w ideę "pay it forward" (podaj dalej). Społeczeństwo tak bardzo pozamykało się teraz same w sobie, myśli jedynie o sobie i nie widzi świata poza końcem własnego nosa, że to aż przykre. Chciałabym, aby to się zmieniło, chciałabym aby ludzie wyszli do ludzi, aby zauważali innych, aby wykazywali się zrozumieniem i empatią, aby potrafili postawić się w miejsce innych ludzi. Dlatego zaczynam od siebie. Postanowiłam nie denerwować się już tak jak wcześniej za kółkiem, ale kiedy ktoś znowu zajedzie mi drogę, wryje się przed maskę albo będzie jechał żółwim tempem, to nie stracę cierpliwości i postaram się go usprawiedliwić (każdy może mieć gorszy dzień, może się zagapił, może się źle czuje itd.). Kiedyś wystawiłam jakąś rzecz całkowicie za darmo na FB, przyszło do mnie mnóstwo wiadomości z zapytaniem co chcę za tą rzecz. Wszyscy byli w szoku, że nic nie chcę, jedynie aby ta osoba pomyślała w przyszłości o możliwości podobnej pomocy komuś innemu.
    Mężowi zwierzyłam się, że chciałabym kiedyś uczestniczyć w akcji darmowych przytulasów (free hugs, akcja znana za granicą). Chciałabym stanąć w miejscu publicznych z zaufaną przyjaciółką, która także włączyłaby się do akcji i przytulać razem z nią tych, którzy tego potrzebują. Bo są ludzie, którzy nie doświadczają czułości i miłości ze strony innych osób, a którym tak bardzo tego brakuje. Są ludzie, którzy pomimo tego, że żyją wśród ludzi, to są bardzo samotni. Bo właśnie w tłumie samotność najbardziej nam doskwiera.
   Chciałabym, abyśmy my Polacy (i nie tylko Polacy) przestali ciągle się dzielić i różnić, oceniać i krytykować, zazdrościć i oczerniać, a zaczęli dostrzegać w innych siebie samych. Chciałabym abyśmy wreszcie wyszli poza podziały, które tworzą się na każdym kroku, chciałabym, abyśmy zaczęli kochać ludzi, tak po prostu. Bo przyszło nam żyć na tej samej ziemi, dzielić to samo słońce i oddychać tym samym powietrzem.
   Nie, nie zawsze muszę otrzymać fizyczną nagrodę za swój wysiłek/czas/daną rzecz. Często wartość niematerialna daje nam większą satysfakcję i ubogaca nas wewnętrznie. Spróbujcie sami! A zobaczycie jakie to cudowne uczucie, daje skrzydła i maluje uśmiech na twarzy i w sercu. 
   Pewnie mogłabym jeszcze pisać i pisać, ale niestety budzi się Nikoś, a trawa sama się nie skosi. Miłego dnia!

1 komentarz:

  1. U nas w parku na szczęście jest sporo kasztanowców, toteż dzieci nie mają raczej kłopotów z zdobyciem ich na zajęcia techniczne :). Świetny pomysł z tym zaznaczaniem na mapie gdzie się było. Świetna pamiątka na lata

    OdpowiedzUsuń