Jestem Klaudia, mama trójki cudownych dzieci i żona wspaniałego Mężczyzny.W swoim życiu próbowałam wielu rzeczy- walczyłam na Mistrzostwach Polski w kickboxingu , jeździłam konno (mieliśmy klacz Mimi), tańczyłam salsę, tworzyłam makramy, jeździłam z Mężem terenówką, a obecnie od jakiegoś czasu zakochaliśmy się w karawaningu (całą 5tką jeździmy naszym kamperkiem) oraz sportach wodnych (motorówka i skuter). Kocham ogród i rośliny! Odkąd skończyłam 18 lat oddaję krew. Tańczę bachatę.
Kocham świąteczną krzątaninę, wypiekanie pierników i ozdabianie domu. Tym bardziej, że ekscytuje też to moje dzieci. Niestety pracy jest tyle, że czas strasznie mi przecieka przez palce... Ciężko znaleźć wolną chwilę.
Pierniki upieczone, aczkolwiek nie wiem, czy nie będziemy robić jeszcze jednej partii...
Dekorowanie przez Chłopców i ich kuzynkę zaliczone:)
Ja lubuję się w białym lukrze, bez kolorowych dodatków.
Takie lampioniki zakupiłam dla Chłopców na roraty, dokleiłam im kolorowe kartoniki i włożyłam lampki led. Udało nam się raz wybrać na tą specjalną mszę, z czego bardzo się cieszę. To był ich pierwszy raz.
Radochę mamy, gdy się przebieramy:)
Zosia po raz pierwszy świadoma ozdób wokół niej, zafascynowana jest ogromnie.
Taki domek z landrynek zrobiłam dla kolegi Tadzia na urodzinki.
A to już tradycyjny domek z piernika z landrynkowymi witrażami. W tym roku powstały takie cztery. Każdy inny.
Kalendarz adwentowy cieszy się zainteresowaniem Chłopców, zadania robione są na bieżąco.
Kuchnia też wystrojona:)
Zosia zafascynowana lampionem.
Nie zabrakło też szopek. Mamy ich chyba 5 :) Lubimy śpiewać przy nich kolędy.
Może zwróciliście uwagę, że w tym roku wymieniłam zimne białe światełka na ciepłe... Bardziej pasują do ciepła kominka i blasku świec.
A takie pierniczki wykonałam dla kadry naszego przedszkola.
I to kolejne zamówienie, tym razem do szkoły.
Domki z kolei to na prywatny użytek:)
Kolejna szopka, tym razem złożona z kartoników z książki. Nie było łatwo, musiałam pomóc Chłopcom, bo sami nie daliby rady.
I jeszcze trochę miłości Wam wysyłam
A tu babulinka kuka sobie :)
Kochani, w tych trudnych i stresujących czasach, w jakich dane nam jest żyć, niech świadomość ogromu miłości narodzonego Pana Jezusa pozwoli nam być uważnym i wrażliwym na drugiego człowieka. Niech nasze serca otwierają się na innych i czerpią większą radość z dawania, niż z brania. Bo im więcej dajemy, tym więcej otrzymujemy. Życzymy zdrowia, mądrych ludzi wokół, doceniania drobnostek, wdzięczności za dar życia oraz spędzenia Świąt Bożego Narodzenia w gronie rodzinnym, z tymi, których kochamy.
Witajcie kochani! Tak mi ten czas jakoś przecieka przez palce, tyle mam zajęć każdego dnia, że ciężko mi się zmobilizować do nadrobienia zaległości tutaj... Może dzisiaj się to uda.
Nadeszły spokojne dni dla ogrodu - wreszcie nie latam z kosiarką, sekatorem w ręku, grabiami, motyką i wiadrem. To co udało mi się zrobić, to uporządkować mniej więcej liście (polecam ich koszenie), pozbierałam orzechy włoskie (część z nich już w słoikach, reszta czeka w kotłowni na zajęcie się nimi), część traw oraz hortensji pościnałam, część z nich zostawiłam na wiosnę. Sporo bylin przycięłam przy ziemi, odbiją na wiosnę i będzie też niej sprzątania. Musimy coś pomyśleć o podłożu przed brama i bramką, bo jak popada, to robi się błotko jak dla świnki. Zostawiamy to jednak na przyszły rok. Już teraz widzę, że na wiosnę trzeba będzie znowu dokleić niektóre kamienie z murka przy rabatkach. Oj, Mężuś się będzie cieszył (sarkazm).
Moja mała Pomocnica nie odstępuje nas na krok przy każdej czynności na zewnątrz. Jest niesamowicie ciekawa wszystkiego i chętnie by tylko naśladowała. Czasami jej na to pozwalamy i zadziwiamy się wciąż jaka sprytna z niej mała kobietka.
Ostatnio robiliśmy z Chłopcami karmnik dla ptaków do przedszkola. Mieliśmy z tym nie lada zabawę:) Teoretycznie zadanie było dla tatusiów, ale nie lubię takiego kategoryzowania, w końcu wiele kobiet także potrafi operować wiertarką, wyrzynarką, czy piłą. Zanim dzieci się urodziły bardzo często konstruowałam różnego rodzaju drewniane ławeczki, które przetrwały do tej pory. Wtedy było dużo więcej czasu na szlifowanie desek szlifierką kątową :)
Grześ z kolei dalej pracował nad gokartem z silnikiem spalinowym. Pojazd jest prawie ukończony. Wciąż brakuje czasu na wszelkie rzeczy. Zrobienie porządku i stołu roboczego w domku narzędziowym wciąż czeka. Również w tym roku nie udało się zrobić betonowego serduszka, które zamarzył sobie Tadzio będąc w Ogrodzie Pełnym Lawendy.
Udało się natomiast odwiedzić przepiękną Kopalnię Soli. To był mój drugi raz w życiu i pierwszy dla Chłopców.
Rozczula mnie taki widok...Tatuś czytający Córeczce.
A teraz zapraszam Was na strażackie urodziny Tadzia. Wykorzystałam rekwizyty, które zostały mi z zeszłego roku. Na stole nie zabrakło też ognistych akcentów. Natomiast najwięcej napracowałam się nad czekoladowym tortem dla Tadzia, który nawet go potem nie spróbował, chociaż tak się upierał, by był bardzo czekoladowy :) Natomiast cały trud wynagrodziły mi słowa wypowiedziane wieczorem w lóżku: "Jesteś najlepszą Mamą na świecie"
Poniżej akurat tort z drugiego dnia, ten był zamówiony w cukierni.
A to już mój torcik. Tadzio ledwo go udźwignął, taki był ciężki. Władowałam tam aż 8 czekolad!
Kolejne urodziny będą pewnie policyjne. Będę myślała nad nimi w sezonie zimowym, w zasadzie już mam kilka pomysłów.
Zmieniłyśmy też z Zosią opony w Saabie na zimowe. Zabawnie było obserwować minki Zosi w warsztacie, kiedy z uwagą patrzyła co też robią panowie mechanicy.
Z kolei 11 listopada uczciliśmy śpiewając hymn pod pomnikiem marszałka Józefa Piłsudskiego w Swoszowicach. Żałowałam, że nie mieliśmy ze sobą polskiej flagi, ale i tak rozpierała mnie duma, że jestem Polką i że mogę z moimi dziećmi śpiewać słowa hymnu. Wzruszenie ścisnęło mnie za gardło, bo uświadomiłam sobie, jakie mamy wielkie szczęście, że jesteśmy wolnymi ludźmi, możemy rozmawiać we własnym języku, wybierać władzę, żyć w wolnym kraju. Jestem za to bardzo wdzięczna. Wojna, to chyba najgorsze co może być, dlatego zgadzam się z mottem Muzeum Spraw Wojskowych, które potem zwiedziliśmy: "Jeśli zapomnimy o wojnie, nie będziemy mogli cieszyć się pokojem".
Takich żołnierzy narysował mój Tadzio całkiem spontanicznie, wróciwszy kiedyś z przedszkola. Bardzo mnie ten rysunek wzruszył.
Boli mnie, że współczesna młodzież, dzieci, ale i dorośli tak źle mówią o Polsce, nie mają do niej szacunku, zamiast miłować ją całym sercem. To wielki skarb, ta nasza Polska. Polska jest przepiękna, wspaniała, ukochana. W jakimkolwiek kraju bym do tej pory nie była, jakkolwiek by mi się on nie podobał, to nigdy nie zamieniłabym go na moją ojczyznę.
Trochę mnie tu nie było, ale to nie znaczy, że u nas nudno. Nieco ograniczyliśmy eskapady kamperowe, ale to ze względu na różne zaplanowane wydarzenia.
Po pierwsze jeden weekend nam wypadł, bo Grześ robił patent na sternika motorowodnego (tak tak, napalił się na skuter wodny, więc przystąpił do dzieła i w ciągu tygodnia od zapisania się na kurs zdał egzaminy. Jestem z Niego dumna. Też będę chciała sobie zrobić, ale już w przyszłym roku, teraz nie było na to czasu, a kiedy On zdawał, to ja byłam świeżo po operacji oczu).
Po drugie spędziłam cudowny babski weekend w Szczyrku z moimi przyjaciółkami z liceum. Teraz są rozsiane po Polsce (Śląsk, Warszawa, Kraków), ale to nie przeszkadza nam w utrzymywaniu kontaktów. Było mi to potrzebne, odpoczęłam, zresetowałam się. Wyszłyśmy na Skrzyczne (połowę drogi pokonałyśmy pieszo, potem już nie chciałam ryzykować więcej z oczami, bo powinnam się oszczędzać, a podejście nie powiem to dobre cardio). Taki weekend bez dzieci był mi bardzo potrzebny, byłam bardzo zmęczona, potrzebowałam towarzystwa dorosłych, dojrzałych tematów do rozmów, wolności i odrobiny beztroski. Taki weekend zrobiłyśmy sobie dwa lata temu przed pandemią, za rok na pewno też powtórzymy, jednak planujemy też w maju wybrać się najpierw całymi rodzinami.
Potem była sesja zdjęciowa, którą Zosia dostała od Chrzestnej, odkładałam ją i odkładałam, w końcu udało się zrobić. Tego samego dnia pojechaliśmy też na urodziny do wspomnianej Chrzestnej, więc kolejny weekend na kamperowanie nam odpadł.
Następnie wybraliśmy się na Camper&Caravan Show - czyli caravaningowe targi, które w tym roku nas nieco rozczarowały - było o wiele mniej wystawców niż w ubiegłych latach, nie było hali z jachtami ani wydarzenia podróżniczego, a zlot był praktycznie bez jakiejkolwiek organizacji i atrakcji. Zdecydowanie łatwiej byłoby oglądać kampery i przyczepy bez małej Zosi, która energii miała za dziesięciu i zwiewała nam do wnętrza pojazdów, a potem zamykała się w toalecie :) Tak więc umęczyliśmy się trochę, myślę, że za rok będzie już łatwiej, ale na pewno jak coś - to zawitamy prędzej do Poznania na targi, a Nadarzyn sobie podarujemy. Dla Was zostawiamy kilka zdjęć z targów.
Wnętrza przyczep i kamperów potrafią być naprawdę piękne. My oglądając je szukamy inspiracji dla własnego kamperka. Mężuś koniecznie chce zmienić tapicerkę. Ja też, tylko uważam, że jeszcze za wcześnie ze względu na małą Zosię, która ciągle będzie coś wylewała.
To przyczepka, której styl bardzo mi się podobał. Jest niestety niepraktyczna dla rodzinki takiej jak nasza (mało łóżek, mało schowków)
Mam obawy, że Nikoś jest alergikiem, bo kaszle nam już prawie 4 miesiące i ma zatkany nos. Dodatkowo prawie codziennie lekko boli Go brzuch i będę chciała skierowanie na usg. Zosia po drodze przechorowała zapalenie oskrzeli, ale na szczęście obyło się bez antybiotyku, jedynie inhalacje z nebbudem i berodualem.
Teraz jest sezon na orzechy włoskie, w końcu doczekałam się zaowocowania drzewa, które mam od mojej Babci Jadzi - wyhodowane z nasionka. Orzechy ma ogromne i słodziutkie, sama przyjemność w jedzeniu. Sprawia mi ogromną radość ich rozłupywanie i ściąganie skórki. Takie małe codzienne przyjemności.
Co kilka dni zbieram też maliny, które wciąż owocują. Robię z nich sok do zimowych herbatek, które uwielbiam. Sok malinowy jest genialny na przeziębienie i każdy go lubi.
Mężuś z kolei buduje Chłopcom gokarda z silnikiem spalinowym. Zakupiliśmy silnik, wydech oraz starego gokarda na pedały, a teraz Grześ go przerabia, bo elektryczny Ford, który mieli jest już dla Chłopców za mały, więc znalazł innego właściciela. Widzę, że Grzesiowi sprawia frajdę konstruowanie takiego pojazdu, uruchamia się w Nim mały Chłopiec, którego chyba każdy Mężczyzna nosi w sobie. I cieszy mnie bardzo, że taki jest, że chce cos zrobić dla Synków, ze cieszy Go majsterkowanie. Cieszy mnie, że moje Dzieci mają takiego Tatę, mojemu nigdy się nie chciało, dlatego mój Brat niestety nie ma odpowiednich wzorców.
Oczywiście będziemy musieli założyć blokadę prędkości gokarda, bo z silnikiem spalinowym będzie miał on zbyt dużą moc, a Chłopcy jeżdżąc nim będą musieli mieć kask.
Ja z kolei nastawiłam winko z ciemnych winogron, które nazbierałam w ogrodzie. Muszę coś jeszcze zrobić z aronią, która jest już nazbierana i czeka w zamrażalce, gdzie powinna spędzić przynajmniej miesiąc, by była mniej cierpka.
Zamówiłam też przepiękną lalkę walfdorską dla Zosi, którą zrobiła własnoręcznie uzdolniona Pani Ania (https://www.facebook.com/Handmade-Anny-%C5%9Awiat-176574252946879/). Polecam serdecznie dzieła Pani Ani! Wysłałam jej jedno zdjęcie Zosi, a ona stworzyła jej lalkową bliźniaczkę! Jest niesamowita
Weekend w Szczyrku natchnął mnie też do zmiany narożnika:) Nasz ecru, już dawno jest poplamiony pomimo tego, że na Święta był czyszczony. Dodatkowo brakuje mi szerokości poszczególnych segmentów, abyśmy razem z Mężem mogli się wyłożyć i relaksować. Tak więc postanowiliśmy wymienić narożnik i wzięliśmy całą Rodzinkę do Agata Meble, gdzie Zosia testowała wszelkie meble.
A narożnik ostatecznie wybraliśmy taki:
Do tego będą (ale dopiero w styczniu!) dwa granatowe fotele uszatki z funkcją relaksacyjną (kopytka w górę i odpoczywamy:) ) Narożnik jest niesamowicie wygodny i bardzo się cieszę, że go zakupiliśmy. Nasz stary z kolei podarowaliśmy teściom, z czego bardzo się ucieszyli.
Patrzcie, takich mam cudnych Pomocników:
Zosia to sama radość. Od jakiegoś czasu lubi się też przytulać i dawać buziaki. To takie słodkie. Chociaż potrafi też być niezłą łobuziarą, widać po jej twarzy:) Tak to chyba musi być mając dwóch starszych braci. Nie da sobie w kaszę dmuchać.